• Wtorek, 12 grudnia 2017

    imieniny: Joanny, Aleksandra

Elity brukselskie wpadły w samouwielbienie

Sobota, 17 czerwca 2017 (04:26)

Z dr. hab. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

Komisja Europejska grozi Polsce, Czechom i Węgrom karami za brak zgody na przymusową relokację imigrantów. O co tak naprawdę toczy się ta gra?

– Działania Komisji Europejskiej wynikają głównie z problemów Niemiec, Francji i Włoch. Państwa te chcą się podzielić odpowiedzialnością za swoją dotychczasową, nierozważną politykę z innymi. Tym samym – niejako wyprzedzająco – próbują uniknąć sytuacji, która w przyszłości może się stać dla nich istotnym problemem. Mianowicie chodzi o utworzenie w Unii Europejskiej dwóch stref: jednej zdestabilizowanej w tzw. starej Unii i stabilnej w krajach, które do Wspólnoty wstąpiły kilkanaście lat temu. To z kolei może mieć wpływ na poziom poparcia określonych partii w tych państwach. Zasadnicze pytanie, na które trzeba znaleźć odpowiedź, brzmi: dlaczego największe państwa Unii tak łatwo dały się wmanewrować w ten problem i przez kogo? W przypadku Polski gra się toczy o bezpieczeństwo naszych dzieci i wnuków. Nikt odpowiedzialny nie kreuje w swoim państwie sytuacji, które z dużym prawdopodobieństwem wpłyną na radykalny wzrost zagrożeń bezpieczeństwa publicznego w kraju. 

Czy KE ma podstawę prawną, aby karać nas za odmowę przyjmowania imigrantów muzułmańskich?

– Nie jestem specjalistą od prawa UE, ale jeżeli ministrowie naszego rządu twierdzą, że nie ma prawnej podstawy wynikającej z traktatów unijnych, aby nas karać, to ja im wierzę. Zresztą, jeżeli nawet jest to kwestia interpretacji przepisów, których lobbing w instytucjach unijnych byłby skutecznie przeprowadzony np. przez Niemcy, to i tak należy wspierać polski rząd w jego decyzji o nieprzyjmowaniu uchodźców. Pieniądze zawsze można zarobić, a zagrożeń, które możemy sobie stworzyć poprzez nierozważną politykę, w prosty sposób nie da się zneutralizować.

Załóżmy, że polski rząd się ugnie i zadeklaruje przyjęcie symbolicznej liczby imigrantów. Jakie mogą być konsekwencje takiej decyzji?

– Przecież Polska w 2015 r. już przyjmowała imigrantów – syryjskie rodziny, poprzez Fundację Estera kierowaną przez Miriam Shaded, zapewniając im status uchodźców. Niestety, większość tych osób, skarżąc się na trudne warunki życia nad Wisłą, i tak opuściła nasz kraj, udając się do Niemiec, gdzie jest lepszy system wsparcia socjalnego. Proszę zauważyć, że Czechy przyjęły kilkadziesiąt osób, a mimo to Komisja Europejska wszczęła wobec tego państwa – podobnie jak wobec Polski i Węgier – procedurę, której efektem ma być nałożenie sankcji finansowych za nieprzyjmowanie uchodźców w ramach programu relokacji. 

Koncepcja relokacji uchodźców w Europie poniosła fiasko, a odpowiedzialność za bezczynność brukselskich elit ma spocząć m.in. na Polsce?

– Decyzja Komisji Europejskiej jest szkodliwa dla Polski, Węgier i Czech, ale w dalszej perspektywie również dla całej Unii Europejskiej. Jeżeli nie uda się zmusić Polski, Węgier i Czech (o Austrii dyplomatycznie się na razie nie mówi), a jednocześnie dojdzie do natężenia liczby zamachów, to kilka rządów państw Unii skompromituje się w oczach swoich obywateli. Trzeba też dodać, że do podziału między kraje członkowskie pozostały głównie osoby o nieustalonej tożsamości, bo tych bardziej „bezpiecznych uchodźców” już wzięły sobie Niemcy i Francja.  

Po jakie argumenty powinien sięgnąć polski rząd, odpowiadając na naciski KE?

– Po pierwsze, jeżeli dojdzie do dalszej destabilizacji sytuacji na Ukrainie, i to na całym terytorium tego państwa, co – moim zdaniem – jest bardzo prawdopodobne, to ponad milion emigrantów zarobkowych w Polsce, którzy już wcześniej przybyli do nas z Ukrainy, automatycznie stanie się uchodźcami. Po drugie, Polska ma określoną strukturę etniczną i nie wolno jej burzyć przez interesy innych państw, jakie by one nie były. Jednak najistotniejszą kwestią, którą można nazwać pierwotną bytu ludzkiego, jest gospodarka i bezpieczeństwo. Nie wolno w Europie zmuszać jakiegokolwiek kraju, aby z premedytacją narażał swoich obywateli na zagrożenia, w tym wypadku wynikające z przyjmowania imigrantów muzułmańskich. Pamiętajmy, że Polska weszła do UE, aby być bardziej bezpieczną, tymczasem Unia, która miała być ostają tego bezpieczeństwa, staje się coraz bardziej zdestabilizowana właśnie przez kryzys migracyjny.

Według sondaży, 74 proc. Polaków jest przeciwnych przyjmowaniu imigrantów. A zatem czyją wolę powinien realizować rząd Beaty Szydło: suwerena czy unijnych elit?

– Porozumienia i układy międzynarodowe mają tę wadę, że pod wpływem rozwoju wydarzeń się dezaktualizują, stając się bezużyteczne. Państwo jest zawsze czynnikiem podstawowym dla społeczeństwa i to ono powinno być dla rządu wyrocznią. Ważniejsze od uchodźców są i zawsze będą nasza podmiotowość i bezpieczeństwo. Forsowanie na siłę relokacji imigrantów nie ma sensu.

Polska ma szanse, aby wygrać ten spór z KE?

– Unia ma to do siebie, że procedury wypracowane przez brukselską administrację są bardzo długie i przewlekłe, a ich egzekwowanie jest rozciągnięte w czasie. Może być zatem tak, że zanim ostatecznie dojdzie do podjęcia decyzji o ukaraniu niektórych państw wyłamujących się z przymusu relokacji uchodźców, to nie Niemczy czy Francja, ale właśnie Polska stanie się dla większości członków Unii wzorem postępowania w sprawie rozwiązania kryzysu migracyjnego. Nasilenie zamachów terrorystycznych dużo może zmienić w tym aspekcie, tym bardziej że – jak wszystko na to wskazuje – ta bezwzględna i bezduszna machina terroru dopiero się rozpędza w Europie.

Jak odbiera Pan argument unijnych elit, że skoro otrzymujemy fundusze strukturalne, to mamy też obowiązki? 

– Fundusze strukturalne, jakie Polska, ale też inne państwa tzw. nowej Unii otrzymują jako równoprawni członkowie UE, nie są niczym nadzwyczajnym, ale są ukierunkowane na wyrównanie dysproporcji gospodarczych między regionami UE. Są też pewną rekompensatą finansową za otwarcie swoich rynków na towary z bardziej rozwiniętych państw Wspólnoty. Dlatego szantażowanie sankcjami i zablokowaniem tych środków w przypadku odmowy przymusowej relokacji imigrantów jest niedorzeczne. Rozumowanie brukselskich elit sprowadza się do tego, że wypełniając obowiązki wobec innych państw Unii, mamy ściągać na własny Naród pewne zagrożenie. Oczywiście jeżeli którekolwiek państwo – nie tylko NATO, ale także UE – będzie zagrożone, z całą pewnością nie zawahamy się udzielić pomocy. Jednak jeśli chodzi o problem z imigrantami, który jest wynikiem bezrefleksyjnej polityki kanclerz Angeli Merkel oraz innych wiodących państw – członków Wspólnoty oraz unijnej administracji, to nie możemy brać odpowiedzialności za ich błędy. Polacy chcą i pomagają uchodźcom, ale w miejscu ich zamieszkania. Rozwiązaniem problemu nie jest bowiem otwieranie granic na – wydaje się nieskończoną – falę imigrantów, ale rozwiązanie konfliktów w krajach ich pochodzenia, tak aby mogli odbudować domy i na nowo rozpocząć życie w swoich ojczyznach. W ten klimat wsparcia wpisuje się polski rząd, który pomaga finansowo także poprzez kościelne organizacje charytatywne m.in. ofiarom wojny w Syrii. Jesteśmy suwerennym krajem członkowskim UE i jako taki mamy prawo nie zgodzić się na program przymusowej relokacji imigrantów narzucany decyzją państw trzecich, wbrew woli naszych obywateli. Sondaże pokazują, że ponad 70 proc. Polaków jest przeciwnych przyjmowaniu do kraju imigrantów muzułmańskich. Wola suwerena jest święta.      

Obietnice czy też deklaracje złożone przez rząd Platformy we wrześniu 2015 r., a więc, kiedy było niemal pewne, że formacja ta nie będzie dłużej rządzić, powinny być wiążące dla obecnej władzy? Inaczej mówiąc, czy musimy pić piwo, które naważyli poprzednicy?

– Deklaracja rządu Ewy Kopacz to nie dokument w formie ratyfikowanego paktu międzynarodowego. Platforma Obywatelska przegrała wybory, więc obecny rząd Prawa i Sprawiedliwości prowadzi własną politykę programową, która wyniosła go do władzy. Przyjmowania nielegalnych imigrantów nie było w zestawie, jaki PiS zaoferowało Polakom.

Komisja Europejska, uderzając w Polskę, Czechy i Węgry, tak naprawdę nie strzela sobie w kolano? Mam na myśli wzrost nastrojów antyunijnych w tych krajach.

– Jeśli sytuacja będzie się rozwijać tak jak obecnie, to może się okazać, że to nie polskie społeczeństwo będzie dryfować w kierunku wyjścia z Unii, ale sama Wspólnota się rozjedzie. Na przykład we Włoszech, Czechach czy Finlandii wzrost nastrojów antyunijnych jest dużo większy niż w Polsce. Zgadzam się z panem, że ewentualne złamanie Polski wywoła taki trend również wśród naszych obywateli.

W tej sytuacji mamy do czynienia z próbą dekompozycji UE, i to przez elity brukselskie…

- Elity brukselskie wpadły w samouwielbienie, są przekonane o słuszności swoich działań, wręcz o nieomylności i jak to ktoś mądrze powiedział – mocno odrealnione. Bieżące problemy, rzeczywiste kłopoty, jakie na co dzień przeżywają zwykli ludzie w poszczególnych krajach, są tym elitom obce. Oby nie było to tak, że elity brukselskie widząc, że Unia niedługo będzie zmuszona postawić zagadnienie reformy wielu obowiązujących traktatów, wcześniej spróbuje pozbyć się – nawet szantażem – wielu swoich kłopotów, przerzucając je na poszczególnych członków Unii.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki