• Poniedziałek, 11 grudnia 2017

    imieniny: Damazego, Daniela

Wyborców nie należy lekceważyć

Czwartek, 15 czerwca 2017 (21:37)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Po wyborach w Wielkiej Brytanii z pozoru nic się nie zmienia, bo premierem wciąż pozostaje Theresa May, ale tak naprawdę zamiast wzmocnienia jej rząd będzie dużo słabszy…

– Torysi wprawdzie wygrali, ale stracili samodzielną większość w Izbie Gmin, a premier Theresa May została niejako zmuszona przez wyborców do poszukiwania wsparcia któregoś z mniejszych ugrupowań i utworzenia rządu mniejszościowego. Rząd mniejszościowy, bo o takim póki co jest mowa – na dłuższą metę nie ma jednak racji bytu, bo poza administrowaniem nie jest zdolny do przeprowadzenia gruntownych reform w państwie. Tym bardziej że w tle tych wydarzeń wewnątrz Zjednoczonego Królestwa jest sprawa Brexitu i negocjacje z Komisją Europejską, które nie będą łatwe dla wszystkich stron. Co by jednak nie powiedzieć, wygranym w wyborach w Wielkiej Brytanii jest opozycyjna Partia Pracy i jej lider Jeremy Corbyn, a wynik rządzącej Partii Konserwatywnej z Theresą May, która miała powiększyć swoją przewagę po tych wyborach parlamentarnych, bez wątpienia należy uznać za porażkę. Decyzja o rozpisaniu przedterminowych wyborów była podyktowana wysokim sondażowym poparciem. Theresa May sądziła, że zwiększając stan posiadania, praktycznie pozbędzie się silnej opozycji również wewnątrz własnego ugrupowania i sprawnie przeprowadzi Zjednoczone Królestwo przez negocjacje brexitowe z Komisją Europejską.

Tak się jednak nie stało…   

– Dokładnie. Plan premier Theresy May, która – jak pamiętamy – sama dążyła do rozpisania przedterminowych wyborów przed rozpoczęciem negocjacji w sprawie Brexitu, był zgoła inny. Miał być spektakularny sukces i wzmocnienie sił Partii Konserwatywnej w Izbie Gmin i większy mandat do negocjacji z Komisją Europejską, tyle że ten, jak się wydawało, mało ryzykowny manewr się nie powiódł.

W czym należy upatrywać przyczyny tej de facto porażki premier May?

– Przyczyn należy upatrywać w kilku obszarach, ale zasadniczy błąd tkwi po stronie Partii Konserwatywnej i sposobie prowadzenia kampanii przez to ugrupowanie. Zapowiedź cięć w sferze socjalnej, co miało miejsce w przypadku premier May, świadczy – delikatnie rzecz ujmując – o nieroztropności, a brak należytego zaangażowania szefowej konserwatystów był dowodem lekceważenia społeczeństwa, a przynajmniej tak odebrali to Brytyjczycy.

Jaki jest możliwy scenariusz wydarzeń na brytyjskiej scenie politycznej?

– Tak jak wspomniałem na wstępie, jest możliwe uzyskanie większości przy wsparciu północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistów, których konserwatyści potrzebują do rządzenia państwem. Unioniści to ugrupowanie ultraprawicowe i ewentualny kompromis zawarty między tymi dwoma ugrupowaniami może mieć dla premier May wysoką cenę. Jest zatem wielce prawdopodobne rozpisanie kolejnych wyborów jeszcze w tym roku. W mojej ocenie, premier Theresa May powinna złożyć rezygnację z zajmowanego urzędu, bo formowanie przez nią rządu – w tych okolicznościach – nie bardzo ma sens. To wszystko bardzo skomplikowało sytuację w Wielkiej Brytanii, ale generalnie w całej Unii Europejskiej. Jaki będzie finał negocjacji brexitowych, trudno w tej chwili przewidzieć.

Premier May przelicytowała? Po Dawidzie Cameronie jest kolejnym premierem Wielkiej Brytanii, który źle odczytuje nastroje społeczne…?

– Po premierze Dawidzie Cameronie, który choć był wytrawnym politykiem, ale nie ustrzegł się błędu, premier Theresa May popełniła jeszcze większy błąd, który teraz się mści. Oprócz spraw ekonomicznych, które de facto stają na agendzie w momencie, kiedy konstruowany jest rząd, tutaj mamy dodatkowo jeszcze szczególny przypadek, a mianowicie Brexit. Ponadto w tle jawi się bardzo mocno sprawa bezpieczeństwa publicznego, które zostało wystawione na szwank. Zamachy, jakie miały miejsce w Manchesterze czy w Londynie, i to, co może się jeszcze wydarzyć, bo sytuacja jest dynamiczna, to wszystko musi budzić niepokój i domaga się głębszej refleksji. Najbliższe miesiące będą zatem bardzo ciekawe i ważne nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla całej Europy.

Jaka jest dzisiaj pozycja Wielkiej Brytanii w obliczu negocjacji z Komisją Europejską w kwestii Brexitu?

– Pozycja Wielkiej Brytanii, pomijając wynik wyborów, jest bardzo silna. Proszę nie zapominać, że Zjednoczone Królestwo to druga po Niemcach gospodarka europejska. To gospodarka, której koniunktura jest bardzo korzystna, podobnie jak jej perspektywy. Rynek zbytu Wielkiej Brytanii dla Unii Europejskiej może nie tak bardzo istotny, natomiast powiązanie gospodarcze Wysp Brytyjskich z kontynentem europejskim jest ogromne i ważne. Dlatego nie tylko państwom Unii powinno zależeć, aby Wielka Brytania pozostała nadal ich partnerem. Sprawa dostępu do jednolitego rynku europejskiego będzie zatem bardzo ważna dla Wielkiej Brytanii, natomiast zagadką pozostaje kwestia ceny, za jaką ten dostęp może być zagwarantowany. Podobnie jak to ma miejsce w przypadku Szwajcarii czy Norwegii. W związku z tym wydaje się pewne, że Bruksela zażąda od Londynu jakiejś formy „składki” czy też utworzenia jakichś funduszy. Mam nadzieję, że dwa lata, jakie zostały wyznaczone, zostaną dobrze wykorzystane. To jest również ważny interes Polski z uwagi na liczbę Polaków pracujących i żyjących na Wyspach.

Donald Tusk straszy Wielką Brytanię, przypominając, że stoi ona przed nieprzekraczalnym terminem zakończenia negocjacji brexitowych...

– Tak to wygląda. Ale jest to zasługa Partii Konserwatywnej z Theresą May na czele, które porażką wyborczą dały unijnych eurokratom argument do ręki. To porażka sił politycznych, które głośno domagały się reformy Unii Europejskiej, gdzie brak reform był jedną z głównych przyczyn Brexitu. W tej sytuacji trudno się dziwić, że dzisiaj główni przeciwnicy Brexitu mają satysfakcję, a w przypadku Donalda Tuska czy Antonio Tajaniego można mówić nawet o tryumfie. Ich wypowiedzi to być może pogróżka, również pod adresem innych państw oraz partii konserwatywnych czy prawicowych w obliczu zbliżającej się drugiej tury wyborów parlamentarnych we Francji czy jesienią wyborów w Niemczech.

Wygląda na to, że we Francji kolejny raz się udało, a w Niemczech też może się udać, zwłaszcza że Martin Schulz, który miał być alternatywą dla Angelii Merkel, coraz bardziej traci…

– Udało się, to dobre określenie. Spójrzmy na Francję, gdzie człowiek jako polityk praktycznie nieznany, z niejasną przeszłością, co więcej, zatrudniony i umaczany w znienawidzonej przez Francuzów administracji prezydenta Hollande’a na stanowisku ministra gospodarki, przemysłu i cyfryzacji, odcina się od swojej przeszłości, umywa ręce. Natomiast jego ugrupowanie, nawet nie do końca sformalizowane, Republique en Marche (LREM) wraz z sojuszniczym ugrupowaniem MoDem wygrywa pierwszą turę wyborów do Zgromadzenia Narodowego z wynikiem ponad 32 procent, a po drugiej turze może osiągnąć większość bezwzględną w okolicach 440 mandatów, co dałoby Emmanuelowi Macronowi pełnię władzy we Francji. To, co się stało w Wielkiej Brytanii, być może przyczyniło się również do takiego, a nie innego podejścia Francuzów. Przy czym zwróciłbym uwagę na jeszcze jeden fakt, a mianowicie w pierwszej turze – jak na Francję – zanotowano rekordowo niską frekwencję. Absencja w głosowaniu wyniosła, według komunikatu MSW, 51,29 proc. Kto wie, czy Emmanuel Macron – człowiek, który w kampanii wyborczej nawoływał do większej tzw. wolności, do większego luzu, nie spowodował, że te siły, które de facto zagrażają bezpieczeństwu Europy, uzyskają jeszcze większy wpływ na kształtowanie rzeczywistości. To byłoby bardzo niepokojące.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki