• Sobota, 19 sierpnia 2017

    imieniny: Jana, Bolesława, Juliana

Alternatywny „stan wojenny” w Polsce

Czwartek, 15 czerwca 2017 (18:40)

Dzieje społeczeństw ludzkich nie są jednostajne i nie toczą się po linii prostej, lecz są bardzo żywe, zachowują się jak młode ssaki: w pewnym momencie skaczą, zbaczają, dzielą się na obozy, przeżywają kryzysy, podejmują ciągłe walki, zwykle krwawe. Tak dzieje przyspieszają swój bieg. Im wyższą mają społeczeństwa cywilizację, tym ich historia jest szybsza i przybiera bardziej urozmaicone, zwykle bardziej skontrastowane, kształty. Tak jest i w Polsce.

Ale te kształty są ciągle ambiwalentne: dobre i złe.

Drugi „stan wojenny” u nas?

Szlachetne i mądre społeczeństwo polskie nie może ścierpieć zniewolenia i złych rządów, toteż wcześniej czy później zrywa się do walki o zmianę tego stanu. Jednak takie „dobre” czy „lepsze zmiany” rodzą się zazwyczaj w wielkich boleściach. Rządząca po II wojnie światowej partia mało polska, a w większości sowiecka wypowiedziała w roku 1981 wojnę rodzącej się „dobrej zmianie” w postaci bardzo licznej „Solidarności” i wyrządziła ogrom szkód i nieszczęść całemu Narodowi. Po uzyskaniu formalnej wolności w roku 1989 zrodziły się w naszym społeczeństwie wielkie nadzieje „na lepsze”, choć oczywiście niejednakowo: dla dygnitarzy partyjnych, że się wzbogacą, dla innych, że uzyskają wolność lub że będą się też swobodnie bogacić. I tak po różnych dalszych zawirowaniach władzę w roku 2007 zdobyła następna partia, też niestety mało polska, a bardziej probrukselska, i w dziedzinie ideologicznej, np. w ateizmie społecznym i państwowym, zaczęła iść w ślady dawnej. Kiedy w roku 2015 przegrała wybory z nową szczeropolską partią nowej „dobrej zmiany”, starającej się kontynuować „Solidarność” bez oszustw, to partia przegrana wpadła we wściekłość i na wygranych, i na ich wyborców. Dobierając sobie jeszcze innych przegranych, ogłosiła swój pozaprawny, buntowniczy i probrukselski stan wojenny. Wprawdzie nie użyła jeszcze wojsk sąsiedzkich ani własnych bojówek ostro uzbrojonych, ale stara się za pomocą najrozmaitszych środków unieruchomić nowe władze Polski i swymi działaniami objąć wszystkie dziedziny życia w kraju, łącznie z religią i moralnością.

I tak przeżywamy znowu stan wojenny. Powtarzają te słowa ludzie, którzy nie zajmują się polityką. Jakże męczą nas ustawiczne wrzaski nieświadomych siebie desperatów, że większość ich nie wybrała. Przeżywamy przerażającą kotłowaninę ludzi i spraw w całej Polsce i w echach poza nią. Takiej hańby w naszej historii jeszcze nie było.

Programy stanu wojennego

Programy stanu wojennego w alternatywnym wydaniu obejmują „opozycję totalną” formalną i pewne propozycje własne „anty”. Opozycja totalna zmierza do objęcia wszystkiego, co robią prezydent, parlament i rząd, ale też i całe społeczeństwo w dziedzinie gospodarki, repolonizacji, patriotyzmu, regeneracji moralnej, tradycji, kultury, sztuki itd. Chce przywrócić wszystko to, co „dobra zmiana” odrzuca lub zmienia, i czyni to z takim zapamiętaniem, że nawet odrzuca i to, co realizatorzy „dobrej zmiany” przejęli od nich, np. śledzenie korupcjonistów. Jest to niewytłumaczalna nienawiść do tych, którzy przejęli władzę. Gotowi są oddać wszystko, nawet życie lub, jak mówiono w średniowieczu, zapisać swą duszę diabłu, byle odzyskać władzę, choćby nawet dla swoich dzieci.

Pewne orientacje nie dążą do natychmiastowego obalenia władzy, ale przygotowują taki program na przyszłe wybory, który zwabi wyborców swoją ideologią antyreligijną, antykościelną i antymoralną. Niektóre ugrupowania opozycyjne zapowiadają, że w następnych wyborach zniosą „500+” dla rodzin, wprowadzą płeć kulturową, związki partnerskie, zniosą klauzulę sumienia, Fundusz Kościelny, finansowanie religii (winno być: nauki religii), wprowadzą edukację seksualną (od przedszkoli, przez podstawówkę i aż do liceów), także nową ustawę o rodzinie, która w ujęciu szczegółowym obejmie: małżeństwa tylko cywilne, dowolne rozwody, wolną aborcję, adopcję dzieci przez homoseksualistów, wybór płci od piątego roku życia dziecka, eksperymenty na embrionach, a także „uracjonalnienie” posłuszeństwa dzieci w stosunku do rodziców, no i etykę katolicką. Jedna i druga opozycja chce ostatecznie przejąć ideologię unijną pozagospodarczą i pozapolityczną polegającą głównie na ateizmie społecznym, politycznym, publicznym i kulturowym, a także na odrzuceniu przyjmowanego od początków kodeksu etycznego; nie uznają też kategorycznego charakteru prawdy i etyki. Ma to być nowa idea człowieka, społeczności, państwa, także nowego świata – ale właściwie to bez treści, gdyż stanowiąca tylko negację bez elementów pozytywnych, ukazująca ostateczny nonsens ludzkiego życia. Całym źródłem nowości byłoby odrzucenie przeszłości i uznanie rozumu za całkowicie zwodniczy.

Ateizm społeczny czy państwowy lub kulturowy ma zawsze charakter niszczący daną społeczność i z reguły jest bardzo agresywny i brutalny; na wielką skalę oglądaliśmy to w bolszewizmie, hitleryzmie, marksizmie. Taką cechę zdradza coraz bardziej skrajny liberalizm, który niszczy życie duchowe i moralne przede wszystkim dzieci i młodzieży. Przy tym u ateistów państwowych i politycznych występuje mocny aspekt nieuczciwości społecznej i nielogiczności. Zachodzi to u nas szeroko nawet w prostych sprawach. Na przykład ateiści stanowią, że nasza wiara w Boga nie ma dla nich żadnego znaczenia społeczno-politycznego, ale chcą, żebyśmy ich wybierali na naszych przywódców. Mało, nieraz na spotkaniach wyborczych, grupujących samych katolików, atakują religię, uważając, że musimy ich poprzeć. Albo też: ciągle powraca postulat niektórych partii, żeby nie wspierać w niczym potrzeb Kościoła, np. w związku z budową planowanej w Konstytucji 3 maja Świątyni Opatrzności Bożej, ale niejeden chciałby tam być pochowany. Czy też żądają, by nie była finansowana z budżetu nauka religii (i etyki katolickiej), bo na budżet składają się także ateiści. Tymczasem gdyby patrzeć tak wyznaniowo, to z kolei katolicy nie powinni finansować budżetu dla ateistów, tylko sami ateiści.

Ale istotne jest co innego. Nie można wprost zrozumieć, jak mogą agresorzy ateistyczni zabijać duszę i moralność dziecka, które przygarniał Chrystus jako symbol uczestnika Królestwa Bożego. Albo jak mogą rozbijać ikonę prostej dziewczyny czy kobiety, na twarzy której wyrażona jest cicha tęsknota za Chrystusem czy Jego Matką, żeby w ogóle mieć jakieś mocne czy jedyne oparcie pośród wszelkich niebezpieczeństw życia? Albo: czy jest ktoś w ogóle człowiekiem, kto chowa krzyż w sądzie lub szpitalu przed starcem, który już nie ma więcej nikogo? To czysty demonizm!

Wyzwiska harcownicze

Na samym początku, mimo że wybory się zakończyły, przegrani nadal zachowywali się tak, jakby wciąż trwały. Byli oszołomieni. Odreagowywali wyzwiskami pod adresem wygranych. Wyzwiska te miały zohydzić poszczególne osoby zwycięzców, głównie wybitniejsze. Najczęstsze były epitety, że wygrani to głupi, idioci, antydemokraci, faszyści, ksenofobi, nacjonaliści, matołki, homofoby, mali ludzie, nieudacznicy, klerykałowie, oszołomy, nienawistni, grabarze Polski, buntownicy przeciwko UE itp. Przy tym została podjęta i bardzo poszerzona praktyka dawnej PZPR. A mianowicie, żeby się Polacy nie połapali, że jakaś krytyka, bardzo szczegółowa, wyszła spod pióra naszych synów wyrodnych, to nie drukowali jej u nas, tylko wysyłali do mediów zachodnich, a następnie przedrukowywali ją u nas jako „głos Zachodu” lub jakiegoś państwa. Tak i teraz różni wyrodni tworzyli bardzo krytyczne pod adresem rządu polskiego i Polski teksty i wysyłali do USA, do Europy Zachodniej i na cały świat.

Z czasem przerodziło się to w totalną, choć oszukaną i stronniczą, krytykę prezydenta, rządu i Polaków nieliberalnych. Jest to krytyka wypowiedzi, wszystkich posunięć władzy, sięganie do życiorysów (w imię zasady, że osobę publiczną wolno i trzeba obrzucać błotem). Przy czym cały talent harcowniczy miał polegać na tym, że informacje te były pokrętne i w większości nieprawdziwe albo były wmawiane przez spryciarzy swoim politykom, znanym z tego, że każdy tekst wygłoszą, byle był propagandowy i nienawistny.

W walce na wyzwiska chodziło głównie o zwalczanie klasycznego patriotyzmu polskiego, tak jakby to było inspirowane z zewnątrz Polski. Z tą też myślą np. wszystkie powstania polskie o wolność Narodu przedstawia się często jako bezsensowne, a nawet przestępcze. Z najbardziej godnych postaci historycznych robi się łajdaków w życiu prywatnym, mało inteligentnych, no i zwykle umierających na choroby weneryczne (chyba żeby usprawiedliwić życie dzisiejszych). A prawdziwie godni mieliby być tylko ludzie pochodzący z Białorusi, Litwy, Niemiec, Francji, a przede wszystkim Żydzi (niekiedy się przedstawia, że już Mieszko I był Żydem, bo „Polacy” ówcześni byli pijakami). Wiadomo więc, że po takich wykładach historycznych młody, szlachetny i honorowy Polak nie będzie dumny ani z historii polskiej, ani z wybranego rządu, który chce nasze życie „repolonizować”. W tej konwencji również obrzuca się błotem zarówno Żołnierzy Wyklętych, jak i zasłużonych ludzi z czasów PRL, zapominając, że Chrystus ogarnia swoim miłosierdziem i wybaczeniem również „źle się mających”, jeśli żałują (Mk 9,12; Mt 2,17; Łk 5,31). Kto odrzuca miłosierdzie, nie jest dobrym katolikiem.

Akcje antyrządowe

Przegrani „wojownicy” przeszli też do czynów. Zaczęli brutalnie od tego, żeby cały Trybunał Konstytucyjny składał się ze zwolenników PO, z myślą, że będzie mógł stopować prawnie prezydenta, parlament i rząd, a nawet „w razie konieczności” – zdelegalizować PiS jako niedemokratyczny i dyktatorski. Pamiętamy z historii starożytnej, że demokratyczne Ateny rościły sobie prawo zajęcia miasta-państwa niedemokratycznego, a Sparta zwalczała szczególnie dyktatorów. Kiedy jednak prezydent i większość parlamentarna nie zalegalizowała fuszerki z pięcioma nowymi sędziami, zostali gwałtownie zaatakowani na cały świat jako łamiący Konstytucję i niszczący Trybunał. Obecna opozycja rozesłała takie oskarżenia na cały świat, z akcentem na to, że Jarosław Kaczyński ogłosił się dyktatorem, naśladuje Piłsudskiego, chce rozbić UE i – „ściszonym głosem” – że dzięki znaczeniu Jana Pawła II dopuści Kościół katolicki do współrządów i rozbudzi silny nacjonalizm polski stanowiący prowokację dla Rosji. Niestety, znaczna część ludzi z Zachodu uwierzyła, co najmniej trochę, w te oszustwa, tym bardziej że szerzyły je w dużym stopniu także polskie placówki dyplomatyczne obsadzone przez PO.

Następnie „wojownicy” dostają szału z powodu programu „Rodzina 500+”. Popadnięto w logiczny bełkot: że pęknie budżet, że powstanie straszne zadłużenie, że jest to dyskryminacja jednego dziecka i pierwszego, że będzie to wyrzucenie kobiet z pracy, że pospólstwo zaśmieci i zabrudzi miejsca rekreacyjne, że nie trzeba podnosić demografii, gdyż braki będą zastąpione przez muzułmanów itp. Poruszający jest ten wzgląd ostatni, bo w traktatach europejskich jeszcze z roku 1957 prognozuje się, że w roku 2050 „wystarczy” Polsce 17 mln mieszkańców rodzimych. Może tu więc chodzi po prostu o spełnienie planów masońskich?

Potworne wręcz było pod koniec roku 2016 celowo przygotowane blokowanie Sejmu przed ustawą dezubekizacyjną, choć była w tym także próba niedopuszczenia do uchwalenia budżetu, co mogło doprowadzić do obalenia rządu i do nowych wyborów. Już też pewien przywódca przybył na to do Wrocławia. Był to prawdziwy pucz, ale społeczeństwo go nie poparło.

Ciągle też opozycja boi się jak diabeł święconej wody tematu smoleńskiego. Z jednej strony chcą ukryć, że bardzo zawinili, a z drugiej, że katastrofa ta stała się macierzą patriotyzmu, ducha polskiego i żywszego katolicyzmu. Zresztą w historii chyba nie ma „dobrej zmiany” bez wielkiej ofiary. Ludzie zrozumieli to spontanicznie przez krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim i dlatego też ten krzyż był tak poniewierany przez ludzi niemających zmysłu patriotycznego, religijnego i moralnego, którzy częściowo „słusznie” uznali, że krzyż smoleński został „upolityczniony”, i to patriotycznie, bo partia, która bardzo zawiniła, stawała się już wyraźnie ateizująca i niepatriotyczna.

Idą gwałtowne ataki na ministra obrony narodowej, że rozbudowuje armię, że nic nie dają wojska Obrony Terytorialnej, że prowokuje Rosję, że trwoni pieniądze, że nie są nam potrzebne ani rakiety, ani okręty wojenne, ani obce bazy, ani samoloty wojskowe itd. Niektórzy są zdania, że dla bezpieczeństwa wystarczy nam wejść w strefę euro. Wszystko to wynika z poczucia naszej niższości wobec innych państw. I taką niższość się forsuje.

Niewątpliwie wojownicy cieszą się po cichu z każdego niepowodzenia rządu, z każdego niebezpiecznego wypadku, umacniają samorządy przeciwko PiS, sekundują buntom sędziów, adwokatów i radców, prokuratorów, prowokacyjnym akcjom pseudoartystycznym, filmowym, teatralnym, feministkom, akcji nauczycieli przeciw zniesieniu gimnazjów, działaniom bluźnierców (jak w sztuce „Klątwa” i in.), organizacjom antyreligijnym. Został odwołany w ostatniej chwili Festiwal Piosenki Polskiej, kiedy się okazało, że wystąpią liczni młodzi wokaliści patriotyczni i słynny Jan Pietrzak, autor „Żeby Polska była Polską”, także wielki sympatyk polityki Jarosława Kaczyńskiego, co podbudowałoby ducha „dobrej zmiany”. Są opóźniane lub nawet bojkotowane liczne dochodzenia w sprawach olbrzymich korupcji, jak np. potworne przestępstwa reprywatyzacyjne w miastach, żeby partia poprzednia nie straciła jeszcze więcej w wyborach.

Nie sposób wreszcie zrozumieć wrogów „dobrej zmiany”, którzy chcą – zwłaszcza młodzi liberałowie i starsi zwolennicy ateizmu państwowego – żeby „zmienić”, a dokładniej – rozbić całe życie Polski, jej jednorodność, kulturę, język, Kościół i tożsamość – przez sprowadzenie w krótkim czasie siedmiu tysięcy imigrantów i uchodźców z Bliskiego Wschodu, a następnie z Azji Południowej i z Afryki – setki tysięcy lub parę milionów dalszych, które nadciągają. A ci paplają jak małe dzieci, że będzie nam wszystkim rajsko.

I jeszcze jedno. Różne polityczne jednostki i grupy, które zarzucają „dobrej zmianie”, że odrzuciła „demokrację”, dokonują często podstępnej fuszerki. A mianowicie popełniają logiczny błąd ekwiwokacji. Jednym i tym samym terminem oznaczają dwie sytuacje: raz rządy większości ludu, drugi raz uwzględnianie głosu tylko mniejszej grupy lub nawet jednostki. I oto pierwszy przypadek panuje od tysięcy lat, kiedy rację ma większość. Ale dziś takie rozumienie jest tylko na pokaz, faktycznie dziś ktoś uznaje dane społeczeństwo za „demokratyczne”, tylko wtedy, kiedy ono jego słucha i przyznaje mu rację czy prawo. Kiedy cała dana grupa nie przyznaje racji właściwej tylko danej jednostce, to dla niej grupa ta nie jest „demokratyczna”. Grupa musi przynajmniej uznać rację danej jednostki za równą swojej racji. Na tym polega współczesny indywidualizm. Stąd nawet milion katolików żąda, żeby krzyż wisiał, a owa jedna osoba, żeby nie wisiał, to według dialektyki może ta osoba krzyż usunąć. Ktoś powie: to nielogiczne! Tak! Ale dzisiejsza myśl liberalna nie ma już logiki w ogóle i nie da się naprawiać logiką klasyczną, lecz trzeba ją w całości odrzucić. Tak też u nas wielu przywódców opozycji głosi, że ich ugrupowanie mniejszościowe musi mieć prawa równe większości, jeśli nawet nie „wyższe”, bo w przeciwnym razie jest „dyskryminowane” lub zniewolone do przyjmowania decyzji większościowej, co „godzi w demokrację”. Zresztą uważają, że i PiS nie ma większości w ścisłym znaczeniu, bo i całość wszystkich parlamentarzystów nie osiąga większości w stosunku do wszystkich uprawnionych do głosowania. Niektórzy dodają, że nie mogą być rządy monopartyjne, bo to jest totalitaryzm, który nie ma nic wspólnego z demokracją. A zatem opozycja musi być zawsze przyjmowana do współrządów, i to w duchu jej programu.

Jak widzimy, niektóre partie może nawet nie tyle oszukują umyślnie, co raczej są zainfekowane nieprawdziwościowymi systemami politologicznymi, według których sprzeczność twierdzeń nie niweczy prawdy: można mówić o tym samym „tak” i jednocześnie „nie”, a zamiast prawdy otrzymujemy „praktyczność”. Dlatego sądzę, że dla uniknięcia tego bełkotu co do „demokracji” nie wolno jej rozumieć jako równości, lecz raczej jako „słuszny, należny i sprawiedliwy udział w społeczno-politycznej władzy”. *** Co zatem należy czynić w tej sytuacji? Rząd „dobrej zmiany” powierzył wszystko raczej czasowi, że to on wszystko sprawdzi, wyjaśni i uspokoi. Powstrzymał się nawet od karania jawnych i bezczelnych przestępców politycznych i państwowych. Jednak wszystko to nie jest proste. Psychologia społeczna nie tłumaczy wszystkich tajemnic. Wielu ludziom, zwłaszcza zażywającym różne środki odurzające, bardzo podoba się zło, wściekłość, zadyma i walka. Zło nietępione w zarodku, np. kiedyś w Niemczech, w Rosji czy gdzie indziej, szybko rośnie i rozlewa się szeroko i głęboko, łatwo wciąga młodzież i najróżniejszych złoczyńców, zwłaszcza dziś, kiedy oficjalnie nie uznaje się norm etycznych. Przykładem tego jest dziś choćby tzw. Państwo Islamskie. Ono samo z siebie nie zginie. Polityka nie może być nigdy dla warchołów i zakłamanych, lecz tylko dla mądrych, szlachetnych i ofiarnych. Inaczej robi się nam piekło.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Ks. prof. Czesław S. Bartnik