• Sobota, 19 sierpnia 2017

    imieniny: Jana, Bolesława, Juliana

Paszkwil na Polskę

Niedziela, 28 maja 2017 (21:27)

Co się dzieje w „kulturze”? Stosuję cudzysłów, bo przecież takie wydarzenia, jak „Klątwa” czy „Malowany ptak” na to miano nie zasługują. 

Od długiego czasu jesteśmy poddawani presji nie tylko w brutalnej polityce czy w zakłamanej historiografii, ale również w szeroko pojętej kulturze, która nosi znamiona biczowania nas w ramach „pedagogiki wstydu”. Jeśli coś jest nieprawdą, to tym gorzej dla prawdy. Liczy się tylko efekt i skuteczność.

Piramida kłamstw

Ponad dwadzieścia lat temu Israel Singer (wówczas sekretarz Światowego Kongresu Żydów) rzucił znamienne słowa: „Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. Nigdy na to nie zezwolimy. Będziemy nękać ich tak długo, dopóki Polska się znów nie pokryje lodem. Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym”. Nawet, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

W tym przypadku – o ogromne pieniądze (65 mld dolarów), oczekiwane od nas za tzw. mienie bezspadkowe.

Co to znaczy, że mamy pokryć się lodem? To oczywiście przenośnia, ale to groźba, że zostaniemy zamienieni w pustynię. Ta groźba to w istocie nic nowego, podobnie było i przed tą wypowiedzią prominentnego przedstawiciela światowej społeczności żydowskiej. Ale to była zapowiedź ogromnej eskalacji jadowitej propagandy i w istocie z nią mamy do czynienia.

Opowieść „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego (w istocie był to Józef Lewinkopf, polskie nazwisko otrzymał wraz z fikcyjnym świadectwem chrztu, co dawało mu skuteczną szansę ratunku przed Niemcami) po raz pierwszy ukazała się w USA w 1965 r. (po angielsku). Istniała wówczas tzw. żelazna kurtyna, bardzo szczelnie oddzielająca olbrzymią większość Polaków od świata zachodniego, nic więc dziwnego, że w powszechnej świadomości wówczas nie zaistniała. Na Zachodzie stała się jednak „odkryciem” i pośpiesznie weszła do kanonu literatury holokaustu. Miała to być drastyczna autobiografia autora, który jakoby poddał literackiej obróbce swój własny życiorys, dziecka żydowskiego przechowywanego przez polskich chłopów. Gdy na jaw zaczęły wychodzić prawdziwe elementy jego wojennej biografii (wcale nie tak dramatyczne, jak utrzymywał, gdyż spędził ten czas we względnym dostatku i bezpiecznie), autor obracał to w żart i tłumaczył się swoistą fantazją.

Blamaż Kosińskiego

Pojawiało się jednak coraz więcej kontrowersji – Kosiński w okresie, kiedy opowieść powstawała, ledwo mówił po angielsku, nie posługiwał się literackim angielskim i jej autorem po prostu być nie mógł. W 1989 roku wyszło wydanie polskie „Malowanego ptaka” i ze zrozumiałych względów wywołało burzę. Drastyczna pornografia, obrzydliwe sceny rodem z kultury plemiennej, pustynnej (całkowicie nam przecież obcej) – wtedy jeszcze to nie mieściło się w głowie, że ktoś przypisze nam takie cechy. Należy dodać, że polska społeczność, wśród której Kosiński był przechowywany podczas niemieckiej okupacji, stale ryzykowała życiem. Przechowywanie żydowskiego chłopca było wtedy bohaterstwem.

Rosnąca sława Kosińskiego spowodowała, że zaczęto mu się uważniej przyglądać. I stało się. Oskarżany o plagiaty, utracił członkostwo amerykańskiego Pen Clubu (którego był nawet przez jedną kadencję prezesem!), zaczął być powszechnie marginalizowany. Nie mógł sobie z tym poradzić, w 1991 roku odebrał sobie życie. Ale jego podstawowe „dzieło” nie poszło całkiem w zapomnienie…

Rzetelne badania biografii Kosińskiego, przeprowadzone przez Joannę Siedlecką (autorkę demaskatorskiego „Czarnego ptasiora”, 1993 r.), pokazały zupełnie inny obraz jego życia pod okupacją i relacje z Polakami. Kosiński spędził tamte lata we względnym dostatku i bez zagrożenia. Wydawać by się mogło, że po latach zdobędzie się jednak na choć odrobinę wdzięczności, a nie wyłącznie na jadowite ataki na swych dobroczyńców. Do końca tkwił jednak w czarnej chorej legendzie, która była wytworem jego wyobraźni, w końcu przyniosła mu sławę i pieniądze.

Za publiczne pieniądze

Przez lata „Malowany ptak” był praktycznie zapomniany, tak jak i sam Kosiński. Trudno było bowiem z topornej fikcji tworzyć coś finezyjnego i rzetelnego. Ale do czasu.

Oto mamy do czynienia z ponurym zjawiskiem – w ramach „wizji artystycznej” polski widz będzie epatowany drastyczną wizją nie tego, jak było, ale tego, jak nie było, aby się z nią oswoił i po raz kolejny dostosował się do poprawnej (to nic, że zakłamanej) wersji holokaustu.

Teatr Polski z Poznania i Teatr Żydowski znalazły w „Malowanym ptaku” płaszczyznę… porozumienia, serwując nam koprodukcję. W marcu odbyła się jej premiera w Poznaniu, teraz „sztuka” wchodzi na scenę w Warszawie. Być może popędzone zostaną na owo przedstawienie wycieczki szkolne (taka praktyka była bowiem do niedawna), spolegliwe media zamieszczą entuzjastyczne ochy i achy, natomiast pospolity widz ma się po prostu zagubić w tym labiryncie kłamstw, gdzie prowadzić go będą, jak ociemniałego, ludzie szczególnego pokroju – samozwańcze autorytety i gwiazdeczki w ramach... „wolności sztuki”.

To wszystko dzieje się za nasze pieniądze. Zarówno Teatr Polski w Poznaniu, jak i Teatr Żydowski nie są prywatnymi instytucjami, całkowicie od nas niezależnymi i mamy prawo wymagać przyzwoitości i protestować, jeśli na scenę przedostają się wynaturzenia.

Jeśli „artysta” żąda od nas całkowitej wolności, to pierwszym warunkiem powinna być jego wolność od naszych pieniędzy, od funduszy państwowych i samorządowych. Dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu i jego współpracownicy oraz wykonawcy mogą przecież samoistnie złożyć się na sfinansowanie takiego przedsięwzięcia. Mogą też zaciągnąć kredyty (np. we frankach), zastawić domy i samochody, gromadząc w ten sposób pokaźny „fundusz twórczy”. I powinni na zasadach komercyjnych wynająć spełniający ich wymagania obiekt teatralny, opłacić cały personel, zatrudnić aktorów, suflerów itp. Powinni też wnieść stosowne opłaty i podatki od przedsięwzięcia artystyczno-gospodarczego. Następnym krokiem powinna być kalkulacja ceny biletów wstępu, która pokryje wszelkie wydatki oraz – ma się rozumieć – przyniesie im godziwy zysk. Z oczywistych powodów będzie ona wysoka, ale przecież prawdziwa sztuka kosztów i ceny się nie boi. Wtedy można mówić o wolności sztuki. Kto zechce, ten pójdzie to oglądać, przy okazji zyska dodatkową satysfakcję, że robi to za własne pieniądze, nie jest sponsorowany przez nieświadomych tego podatników.

Może się jednak tak zdarzyć, że cena rynkowa takiego przedsięwzięcia nie spotka się z entuzjazmem potencjalnych widzów i zareagują nogami, nie ruszając się z domu. Wtedy – być może – nastąpi po prostu plajta. Ale to będzie weryfikacja rynkowa takich wizji i oczekiwań, co będzie wynikać z faktu, że nie mamy ochoty płacić za to, że ktoś nas traktuje niepoważnie i usiłuje za wszelką cenę upokarzać.

Powinien nastąpić wreszcie kres bezmyślnego finansowania wszystkiego, co na ogół na wyrost nazywane jest „kulturą”. Bo prawdziwa kultura weryfikacji się nie obawia. Czas na „dobrą zmianę” również w tym zakresie. Tu zmniejszanie i przemieszczanie środków nie wystarczy. Niech wreszcie teatry polskie będą nimi nie tylko z nazwy.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

LeszekŻebrowski