• Czwartek, 24 sierpnia 2017

    imieniny: Bartłomieja, Jerzego, Emilii

Prezydent Trump w podróży

Piątek, 26 maja 2017 (18:12)

Nowy przywódca USA także milczy o prześladowaniach chrześcijan. 

Trwa pierwsza zagraniczna podróż prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Jak zawsze w przypadku tego typu wydarzeń kolejność odwiedzanych krajów czy kontynentów jest symptomatyczna. Trump zaczął od Azji, odwiedzając najpierw Arabię Saudyjską, a następnie Bliski Wschód (Izrael i Autonomię Palestyńską). Dopiero potem udał się do Europy – na szczyt krajów grupy G7 na Sycylii, w środę spotkał się w Watykanie z Papieżem Franciszkiem; podróż po Starym Kontynencie zakończy w Brukseli na szczycie państw NATO.

Asia first

To, że polityka Waszyngtonu zwraca się coraz bardziej w kierunku Azji, widoczne jest już co najmniej od końca poprzedniego wieku (prezydentura Billa Clintona). W końcu to na tym kontynencie w szybkim tempie rośnie globalny rywal amerykańskiego mocarstwa – Chiny, w Azji ulokowane są największe złoża strategicznych surowców (ropy naftowej i gazu ziemnego), to wreszcie z tego kontynentu zostało wyprowadzone najpotężniejsze uderzenie w bezpieczeństwo USA – atak na Nowy Jork i Waszyngton 11 września 2001 roku przeprowadzony przez sieć islamskiego terroryzmu rodem z Bliskiego Wschodu (Al-Kaida).

Nie wolno również zapominać, że na azjatyckim kontynencie istnieją przynajmniej trzy zapalne ogniska, które w razie eskalacji mogą mieć zasięg daleko szerszy. Mowa tutaj o Bliskim Wschodzie (tj. ciągle nierozwiązany problem politycznej przyszłości Palestyny, wojna domowa w Syrii i Państwo Islamskie), Korei Północnej (nuklearny program komunistycznego reżimu) oraz Iranie, który co prawda zadeklarował rezygnację z kontynuowania własnego programu atomowego, co nie oznacza (założywszy szczerość intencji ajatollahów w tej kwestii) porzucenia przez Teheran ambicji budowania własnej pozycji jako regionalnego mocarstwa. Temu właśnie służy intensyfikacja wspierania przez Iran szyickich bojowników w Jemenie i reżimu Asada w Syrii. Jest jeszcze mocno osadzony w południowym Libanie Hezbollah, tradycyjnie cieszący się wsparciem Iranu. A przecież nie wolno zapominać o silnej pozycji szyitów w Iraku, dzięki obaleniu reżimu Saddama Husajna przez… Amerykanów.

Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych, globalnego mocarstwa, wybór Azji jako celu pierwszej zagranicznej podróży prezydenta USA jest więc racjonalny. To tego kontynentu dotyczyły najważniejsze do tej pory decyzje nowego amerykańskiego prezydenta w zakresie szeroko rozumianego bezpieczeństwa. Chodzi o zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w rejonie Półwyspu Koreańskiego (m.in. rozlokowanie systemu obrony antyrakietowej w Korei Południowej) i atak na bazę lotniczą reżimu syryjskiego po ataku chemicznym przeprowadzonym przez wojska Asada na ludność cywilną.

Skąd ten terroryzm?

Zważywszy zaś na wspomniany przed chwilą problem irański, wybór Arabii Saudyjskiej jako pierwszego kraju w Azji, który odwiedził Donald Trump, jest tym bardziej zrozumiały. To wahabbicki reżim w Rijadzie jest głównym adwersarzem szyickiego Iranu na drodze realizacji dalekosiężnych planów politycznych tego ostatniego w rejonie Środkowego i Bliskiego Wschodu. Przyjazd Trumpa do Arabii Saudyjskiej został powszechnie odczytany jako mocne wsparcie ze strony Waszyngtonu dla blokowania prób regionalnej ekspansji Iranu. Temu także służył podpisany przez amerykańskiego prezydenta z władzami Arabii Saudyjskiej wielki kontrakt na dostawy sprzętu wojskowego dla Rijadu opiewającego na sumę niemal pięćdziesięciu miliardów dolarów.

Nie bez znaczenia było również przemówienie Donalda Trumpa do delegacji ponad czterdziestu krajów muzułmańskich na temat zagrożenia terrorystycznego. W wygłoszonym parę dni przed kolejną krwawą odsłoną islamskiego terroryzmu (zamach w Manchesterze) przemówieniu amerykański przywódca w odróżnieniu od swojego bezpośredniego poprzednika nie używał sloganów o islamie jako „religii pokoju”. Samo użycie przez Trumpa sformułowania „islamski terroryzm” zostało odczytane przez wielu amerykańskich komentatorów jako „odważne” i „łamiące tabu”.

Zważywszy na panującą polityczną poprawność, określenie „islamski terroryzm” z pewnością odbiega od lawiny ciepłych słów kierowanych przez Baracka Obamę pod adresem muzułmanów. Z drugiej jednak strony Trump w swoim przemówieniu skrzętnie omijał jakiekolwiek akcentowanie podstawowego przecież faktu, jakim jest ścisły związek między dżihadyzmem a religią islamu. W zamian prezydent USA, zwracając się do delegacji państw muzułmańskich, mówił o „łączących nas wspólnych wartościach”.

Przemilczana sprawa chrześcijan

Cóż, można powiedzieć, że to typowa dyplomatyczna „small talk” (w wolnym tłumaczeniu: „bla, bla, bla”). Istotne jednak było to, o czym Donald Trump milczał. Głośna cisza spowiła bowiem problem prześladowania chrześcijan w niemal wszystkich krajach, do których reprezentantów przemawiał amerykański prezydent. Nie trzeba długo szukać. W samej Arabii Saudyjskiej chrześcijaństwo i chrześcijanie są bezwzględnie prześladowani. Do tego stopnia, że przy akredytowanych w Rijadzie przedstawicielstwach dyplomatycznych krajów, na których państwowych flagach jest obecny krzyż (np. kraje skandynawskie), flagi te nie mogą być wywieszane.

Dlaczego prezydent Trump mylił się, twierdząc we wspomnianym przemówieniu, że w czasie swojej bliskowschodniej podróży „odwiedzi najświętsze miejsca trzech religii wywodzących się od Abrahama”? Mylił się z prostej przyczyny. Oto bowiem żaden chrześcijanin, jeśli nie chce narazić się na karę śmierci, nie może odwiedzić Mekki lub Medyny – najświętszych miejsc islamu, które znajdują się na obszarze Arabii Saudyjskiej. Dopiero dalsze w hierarchii są meczety Al-Aksa i Omara znajdujące się na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie.

Jeśli więc przywołamy raz jeszcze milczenie Donalda Trumpa na temat prześladowanych chrześcijan w krajach islamskich, można powiedzieć, że okrzyczany przez światowe media jako „niebezpieczny populista” nowy amerykański prezydent jest kontynuatorem polityki głośnego milczenia swoich poprzedników wobec tragicznego losu najbardziej prześladowanej religii na świecie na początku dwudziestego pierwszego wieku.

Prof. Grzegorz Kucharczyk